Do 2008 roku nie wiedziałem, co to choroba. Byłem przekonany, że jeżeli będę prowadził higieniczny tryb życia – nic mi nie zagraża.  Do 21 roku życia uprawiałem sport wyczynowo /400m przez płotki/, niestety kontuzja uniemożliwiła mi dalej kontynuowanie tej dyscypliny. Ponadto miałem i mam do dzisiaj pasję, nawet dwie: malarstwo i śpiewanie.

Historia mojej pierwszej  choroby jest w dużej mierze historią mojego życia i oczywiście vice versa. Chcę przez to powiedzieć, że nigdy nie mogłem pozwolić sobie na to, by zapomnieć o cukrzycy typu II, która przyplątała się do mnie i raczyła zamieszkać, w przeciwnym razie następuje „słodka zemsta”. Z drugiej strony choroba nie zwalnia z życia, z obowiązków, marzeń, ambicji, nawet bardzo odważnych planów, które mogą się udać tylko wtedy, gdy dobrze poznamy nasz „słodki problem”.

Na cukrzycę zachorowałem w 2008 roku, bez żadnych objawów. Do szpitala trafiłem w ostatnim momencie z cukrem 490 mg/dl. Wiadomość o chorobie była dla mnie jak wyrok dożywocia bez możliwości apelacji –  traumatyczne przeżycie. Żyłem marzeniami, żeby malować jak najlepiej i zostać docenionym przez otoczenie.  Bardzo pomogła mi moja rodzina, znajomi. Powoli, gdy pogodziłem się z chorobą, nauczyłem się z tym żyć, a czas pokazał, że można prowadzić taki sam tryb życia, jak zdrowy człowiek, pilnując się jedynie trochę bardziej. Z biegiem czasu mój tryb życia był identyczny, jak przed chorobą. Jesienią 2013 roku, po paru koncertach w krótkim czasie, budząc się, poczułem ból gardła. Objawy przypominały symptomy infekcji górnych dróg oddechowych i z tego powodu początkowo je zlekceważyłem, zażywałem jedynie tabletki na grypę i ból gardła. Niestety ból nie mijał, więc poszedłem do lekarza rodzinnego, który stwierdził, że lepiej będzie jak obejrzy to specjalista laryngolog. Udałem się ze skierowaniem do przychodni, gdzie jak wiadomo trzeba się zapisać i czekać na termin wizyty. Miałem to szczęście, że to tylko trzy tygodnie. Wizyta jak wizyta- proszę siada, co dolega, sprawdzenie stanu gardła i diagnoza. W tym przypadku powiedziano, że mam infekcję i muszę zażywać antybiotyk. Był to październik, przyszedł grudzień, a poprawy nic, jedynie dalsza kuracja antybiotykiem. W styczniu 2014 r kolejna wizyta i zmiana antybiotyku.

Dwa miesiące i nic, żadnej poprawy, więc postanowiłem zmienić specjalistę i udałem się do mojej poradni, w której przyjmował doktor, na pierwszy rzut oka – bardzo sympatyczny i konkretny.

Przedstawiłem moją sytuację. Lekarz zbadał mnie i po chwili ciszy powiedział że mam guz. Zdziwiłem się bardzo, bo poprzedni specjalista badał mnie identycznie i nic nie widział. Laryngolog zaprosił mnie do przyszpitalnej przychodni, w której pracował celem zrobienia dokładniejszych badań – dostałem skierowanie na badania do Wielkopolskiego Centrum Onkologii.   Wycieczka do Centrum Onkologii, żeby zapisać się na wizytę, zgodnie z zaleceniem  laryngologa onkologa zrobiła na mnie ogromne wrażenie od samego wejścia- wystrojem, obsługą i życzliwością personelu.

Na wizycie zbadano mnie nasofiberoskopem i potwierdzono wstępną diagnozę – guz. Na pocieszenie Pan Doktor stwierdził, że to wczesne stadium i jest duża szansa na wyzdrowienie. Zostałem poproszony, aby czekać na telefon z terminem operacji. Na początku lutego, malowałem właśnie obraz, gdy zadzwonił telefon „tu Centrum Onkologii, zapraszamy na operację 14 lutego 2014r.” Na tym skończyły się moje marzenia o cudzie i zaczęło oswajanie z myślą, że 14 lutego muszę zameldować się w Centrum Onkologii, dać sobie poderżnąć gardło, póki stwór siedzi tylko tam i nie rozpoczął jeszcze zwiedzania dalszych zakątków mojego ciała (podobno lubi wątrobę i kości, może też płuca). Walizka do szpitala czeka spakowana na dole, prywatny szofer na rano umówiony. W ciszy, w zamyśleniu zajechałem do szpitala, gdzie zostałem przyjęty na oddział Onkologii Głowy i szyi. Tam dostałem na rękę opaskę z danymi, przydzielono mi łóżko i skierowano na badania krwi, płuc, USG. Byłem zaskoczony widokiem i personelem medycznym, aż poczułem się jakbym był na wczasach, czy w sanatorium. Następnego dnia, a to  był mój pierwszy poranek na oddziale, nie wiedziałem jeszcze, że nie trzeba nastawiać budzika na 6, bo o tej porze i tak przychodzi pani pielęgniarka zmierzyć ciśnienie i temperaturę. Zgodnie z poleceniem anestezjologa najpierw się wykąpałem, a dopiero potem zażyłem tabletkę rozweselająco – otumaniającą.  O 7.55 wysłałem ostatniego maila (tylko dlatego wiem, która była godzina), ubrany w otrzymany strój, czepek i laczki, siedziałem na łóżku z podłączoną kroplówką. Pielęgniarka, nawet już nie pamiętam która to była, przyszła i posadziła mnie na wózek i rozpoczęliśmy podróż na salę operacyjną /drogę na salę operacyjną  pamiętam tylko częściowo bo zaczęły działać  środki nasenne/. Resztę nie bardzo kojarzę. W relacji personelu wyglądało to tak:  wgramoliłem się przy pomocy pielęgniarki na stół operacyjny (całkiem wygodny, z tego co ledwo pamiętam), prawą rękę zawinęli mi w jakiś koc (pewnie to było coś innego, ale wszyscy wspominamy to jako koc), który podłożyli pod tułów, żeby nie spadała, lewą rękę dali na wystający ze stołu wysięgnik i w dłoń założyli wenflon. Kazali jeszcze pokazać język. Potem pewnie założyli mi maskę z tlenem (tak tłumaczył anestezjolog dzień wcześniej, ja nie pamiętam) i podali dożylnie narkozę – czułem, że coś mi płynie w żyle tak do wysokości łokcia. I koniec. Po pewnym czasie słyszę głos: „budzimy się”. Gorzej było ze wstaniem, chciałem się podnieść, lecz nie mogłem. Bardzo ciekawie i zręcznie mnie przekładali ze stołu operacyjnego do łóżka. Pamiętam powrót,  ale jak znalazłem się na sali zasnąłem. Spałem prawie cały dzień. Następnego dnia, od rana to już taniec, śpiew i szaleństwo, czyli można jeść i pić. Najpierw powoli, jak żółw ociężale, małe łyżeczki, a potem, jak już ruszyła maszyna, to mam wrażenie, że jadłem cały dzień. Kolacja o 16.30 to naprawdę zabawna pora ostatniego posiłku, pod warunkiem, że ma się coś w stoliku. Tymczasem nadeszła 6 rano (o tej porze zaczyna się ruch na oddziale), czym prędzej poszedłem się wykąpać i ochoczo zabrałam się do pakowania swoich manatków. O 7.30 byłem już gotowy i czekałem z niecierpliwością na obchód Pana Doktora. Wreszcie nadszedł ten moment i dowiedziałem się, że naprawdę mogę robić wszystko (z wyjątkiem śpiewania), pić (byle nie słodkie), tańczyć, pływać, skakać, gdy tylko kondycja mi na to pozwoli. Dostałem receptę na wszystkie leki i informację o kolejnym badaniu w przychodni WCO. Wreszcie otrzymuję  wypis, uścisk z kolegami /żebyśmy się tu więcej nie spotkali/.
Na dworze mimo lutego, wiosna, że aż dech zapiera – ulica Garbary. Po miesiącu kontrola i wszystko jest dobrze, więc do pracy i na próbę po 2 miesiącach przerwy, mimo zakazu minimum 3-miesięcznego! Oszczędzałem się, ale w trakcie śpiewania zapominałem i się doigrałem… Ból nawrócił, więc idę do mojego Pana Doktora, który po obejrzeniu powiedział: „śpiewałeś!”. Z opuszczoną głową odpowiedziałem że,  tak. Niestety musiałem mieć ponownie zabieg. Po tym zabiegu zgodnie z instrukcją- 3 miesiące bez śpiewania. Po tym okresie delikatnie zacząłem przygotowywać struny do wysiłku. Dzięki szybkiej interwencji Pana Doktora, jestem sprawny, mogę śpiewać i cieszyć się życiem. Każdemu z kim rozmawiam mówię, by najdrobniejsze objawy zbadać,  im szybciej, tym większa szansa całkowitego wyleczenia, a rak to nie koniec życia.

Dzisiaj maluję, śpiewam, wykonuję swoje wymarzone zajęcia, codziennie uprawiam sport – pływam, jeżdżę na rowerze lub biegam (buty do biegania i strój pływacki biorę na każdy wyjazd).

Moje  „dolce vita”   jest  udane   dzięki   wyjątkowemu   mariażowi   edukacji,   nowoczesnej   terapii.  Z perspektywy  lat widzę związek pomiędzy wiedzą, którą posiadam na temat choroby, a komfortem mojego życia.