To nie jest żadna bajka, czy pisanie komuś laurki pod publikę, lecz historia z życia. Fakty są bezsporne i prawdziwe. Przeżyłem na tym świecie już trochę lat i niejedno widziałem. Ostatnie 30 lat jeździłem na dryndzie[i] w Poznaniu. Pewnego dnia w 2009 r. zmienił mi się głos, a następnie pojawiła się chrypka, dłuższa niż tydzień. Lekarz rodzinny dał mi skierowanie do laryngologa. W moim życiu miałem kilka chwil podbramkowych, ale zawsze spadałem na cztery łapy (miałem opinie „farciarza”). Jak się potem okazało, trafiłem na prawą rękę  profesora Golusińskiego. Po jednym badaniu lekarz skierował mnie do szpitala przy ul. Garbary 15. Był czerwiec, kiedy znalazłem się na oddziale laryngologii na 6 piętrze. Przeżyłem mały szok! Jako zwykły śmiertelnik, zestresowany, patrzyłem na ten piękny, czysty oddział, w którym pracowała wspaniała załoga fachowców ( lekarze, pielęgniarki, salowe, technicy). Przez 2 dni nie mogłem rozpoznać łysego faceta, który mnie skierował do szpitala, w takim znajdowałem się stresie i szoku. Zaczęły się badania, pobieranie wycinków, prześwietlenia itp.  Zapadła diagnoza – nowotwór złośliwy krtani. Jako laik oddałem się całkowicie w ręce lekarzy. Obserwując pracę oddziału – byłem pod wrażeniem badań, konsultacji, rozmów, badań  przez ordynatora. Zostałem poinformowany o stadium choroby i planie leczenia. Walka z nowotworem trwała 2 lata. Leczono mnie laserem, następnie usunięto połowę krtani. Ten mój „przyjaciel”, co chodzi do tyłu był bardzo uparty i nie miał  zamiaru ustąpić. Styczeń 2011 r., w dniu moich urodzin, ponownie znalazłem się na oddziale celem całkowitego usunięcia krtani. Prorocze były słowa Profesora, że poznam ten szpital lepiej niż własną kieszeń. Pamiętam, jak Pani Marysia – psycholog, informowała mnie, co mnie czeka po zabiegu usunięcia krtani (nauka mowy, rehabilitacja itp.). Nie docierało to do mnie. Moje myśli były zajęte sytuacją życiową.  ZUS  zabrał mi zasiłek. Przez 9 miesięcy byłem  bez środków do życia, żona bez pracy, groziła mi eksmisja z mieszkania. Długi, niezapłacone kredyty, które spłacam do dzisiaj. Tutaj dziękuję Panu Arkowi – obcy facet- skonsultował mnie z osobą, która  ukierunkowała mnie jak mam postąpić w sprawie zasiłku. Finał był taki, że  wygrałem w sądzie z ZUSem. Spłacono mi zasiłek po 5 latach, co uratowało moje finanse w 50%. Jeśli nadal to czytasz, to pragnę teraz przedstawić moje życie po usunięciu krtani. Opuszczając  w lutym szpital skierowano mnie na naświetlania, które trwały 1,5 miesiąca (5 razy w tygodniu) i dostałem chemię, nie pamiętam ile 3 lub 5, około 2 litrów płynów chemicznych. Naświetlania i chemię zniosłem w miarę dobrze, bez żadnych skutków ubocznych. Dalej czekały mnie same „niespodzianki”: wstawiono mi protezę głosową, ale w pierwszym roku prawie nie mówiłem, dolegliwości bólowe, zrosty i do tego refluks, na który jednocześnie chorowałem, usuwanie wydzieliny, niegojąca się rana  (tzw. ziarnina)… Po usunięciu krtani pojawiają się kłopoty z połykaniem płynów oraz pokarmu (musi być rozdrobniony). Przez 1,5 roku mój organizm tolerował tylko mleko, biały ser, chleb  i nic więcej. Przyjemnością jest zjeść coś smacznego, a tu nic z tego – brak smaku i węchu. Po 2 latach wrócił smak w 75%, ale węchu nie mam do dzisiaj, nie czuję żadnych zapachów. Minęło już 8 lat jak zachorowałem, jestem pod stałą kontrolą  w szpitalu, mam zabiegi, kontrolne badania , prześwietlenia itp. Jestem mile zaskoczony, że nie muszę się przedstawiać. Personel zna moje imię i nazwisko. Zapisałem się  do Stowarzyszenia Osób z Nowotworami Głowy i Szyi, działającego przy Klinice Chirurgii Głowy, Szyi i Onkologii laryngologicznej. Mamy spotkania rehabilitacyjne, pogadanki na temat leczenia, spotkania towarzyskie przy ognisku. Organizowane spotkania to dla mnie motywacja do dalszego życia. Cieszę się bardzo jak mogę spotkać innych „farciarzy”, których spotkał ten sam los. Jest miło spotkać Krysię , Andrzeja i innych, z którymi leżałem na oddziale. Radocha wielka, że nikt się nie poddaje i walczy z chorobą.

Statystyki są nieubłagalne, chorych przybywa i to mocno, odsyłam do Internetu. Jestem zdziwiony znieczulicą w społeczeństwie na ten temat. Prawdą życiową jest, że zdrowy nigdy nie zrozumie chorego. Ostatnio miałem okazję być na obozie rehabilitacyjnym (piękna sprawa), organizowanym przez Wielkopolskie Centrum Onkologii w ramach Ogólnopolskiego Programu Profilaktyki Nowotworów Głowy i Szyi, gdzie przez tydzień zadbano o sprawność fizyczną, psychiczną oraz naukę mowy. Żałuję, że nie było kamery… Trzeba było zobaczyć jak młoda dziewczyna – logopeda prowadzi zajęcia, rozpisała dla każdego chorego zalecenia, odpowiednie ćwiczenia i razem z chorymi ćwiczy naukę mowy. Nauka mowy trwa, co najmniej 1,5 roku, aby porozumieć się z rodziną i otoczeniem.

 

Henryk Wrześniacki

[i] Drynda-tramwaj